Wiele razy zastanawiałam się, ile jeszcze nieprzespanych nocy, będę wspominać za dnia? Ile litrów łez musi przelać się po moich policzkach? Ile słów, które bolą muszą wysłuchać moje uszy? Ile razy moje oczy zobaczą obraz, który rozdziera serce ? Ile jeszcze razy będę uciekać do pustego pokoju i po cichu wmawiać sobie, że "kiedyś wszystko będzie dobrze"?
Jesień. Pamiętam ten dzień jak dziś, kiedy wróciła wieczorem od lekarza i od progu było słychać, że coś jest nie tak.Podeszłam do niej, z łzami w oczach przytuliła się do mnie mówiąc "Ja nie chcę umierać". W tej chwili ktoś wbił mi w serce cholernie ostry kolec, który wywoływał ból z każdym kolejnym oddechem. Zamilkłam. Wtuliłam się w nią mocno i ze strachem niemalże wykrzyczałam "Nie umrzesz!". Czułam się okropnie, bo na samo słowo "przerzuty" paraliżowało mnie od stóp do głów. Wiedziałam co to oznacza, ale jeszcze nie dopuszczałam do siebie tych myśli. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Zima. Z dnia na dzień dostrzegłam jak coraz bardziej boli ją noga. Jak traci siły. Blednie w oczach. Gdy przyszedł ten magiczny i długo wyczekiwany czas Świąt Bożego Narodzenia w domu jak zwykle pachniało gorącym ciastem i barszczem. Na zewnątrz robiło się już ciemno, a w domu było nieco nerwowo. Cudem każdy zdążył się wyszykować, pięknie ubrać -tylko nie ja. Słyszałam głos mamy, który wołał wszystkich do stołu. Zdążyłam założyć czarną ulubioną sukienkę, spiąć włosy w "artystyczny nieład " , nie malując się, z myślą o tym, że wszystkie najbliższe mi osoby widziały mnie w gorszym stanie i wybaczą mi to jak wyglądam. Postanowiłam wejść do salonu gdzie czekali już wszyscy. Od samego progu zobaczyłam ją w pięknej czerwonej koszuli i nowej spódniczce, obok stała mama, młodsza siostra, brat z żoną i córką...Jak zawsze w Święta moją szczególną uwagę przykuło to, kogo brakuje. Nie było z nami naszej najstarszej siostry i jej dzieci, która miała dołączyć do nas za godzinę. Chwile potem zobaczyłam to, na co patrzę rok w rok od najmłodszych lat. Na stole stało jedno puste nakrycie dla tak zwanego "wędrowcy". Od zawsze mówiliśmy, że to miejsce dla naszego Taty, który zmarł 18 lat temu. Chwile potem, zaczęliśmy składać sobie życzenia. Jako pierwsza podeszła do mnie ona. Kolejny rok, bez jakichkolwiek słów spojrzałyśmy sobie w oczy, podzieliłyśmy się opłatkiem i płakałyśmy tak bardzo... Nie mogłam się uspokoić. Przytuliłam ją, ale nie byłam w stanie powiedzieć ani słowa. Ona z resztą też. To była tak oczywista rozmowa bez słów. Siostrzana miłość ponad wszystko. W te Święta płakałam cały wieczór. Płakałam, bo czułam wewnętrzny niepokój, strach i jakiś lęk. Czułam wdzięczność, że ich mam. Płakałam bo bardzo się o nich wszystkich bałam. Dwie godziny później dom został prawie pusty , a stół jak stał, tak stał nakryty po brzegi. Ona pojechała do swojego chłopaka, który spędzał Wigilię w szpitalu, mama i ja pojechałyśmy po najstarszą siostrę, brat z żoną udał się do jego teściów. W domu została tylko najmłodsza z nas. Sama . Jedna. Takiej okropnej Wigilii nie mieliśmy nigdy. Nie będę pisać dlaczego, ale uwierzcie mi na słowo, że sytuacje jakie miały miejsce tego wieczoru nie jedną osobę doprowadziły do łez. Tóż po północy stwierdziłam, że muszę pojechać do apteki, ponieważ nie poradzę sobie z takim przeziębieniem bez leków. Jak na złość w domu skończyły się wszwstkie lekarstwa. Wsiadłam do samochodu. Ona i najmłodsza siostra stwierdziły, że dotrzymają mi towarzystwa. Ucieszyłam się, bo kto by miał ochotę jechać samemu w noc Bożego Narodzenia autem? Słuchałyśmy kolęd, śpiewałyśmy, rozmawiałyśmy . Było tak pięknie. Stwierdziłyśmy razem we trzy, że nigdy nie miałyśmy takiej przykrej Wigilii.
Luty. Po powrocie do domu nie mogłam znieść widoku jej-płaczącej z bólu, nie mogącej poradzić sobie z własnym organizmem. Dochodził wieczór, leki nie działały, ja martwiłam się coraz bardziej. Mama była w pracy. Noc. Stwierdziłam, że musimy zadzwonić po karetkę. Przyjechali, zabrali ją, płaczącą i pół przypomną z bólu. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca do trzeciej w nocy. Czułam taką straszną bezsilność i poczucie słabości. Przytłaczało mnie to, że choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę jej pomóc.
Marzec. Nie miałam ochoty słuchać nikogo wokół siebie. Każdy powtarzał mi to samo. Każdy próbował mi wmówić to, co ja sama odrzucałam od siebie od tylu miesięcy. Nie umiałam panować nad swoimi emocjami . Krzyczałam, płakałam, żartowałam z tej sytuacji, nie mogłam spać ani jeść. Nie chciałam uwierzyć w rzeczywistość. Nie mogłam wytrzymać widoku płaczących wokół mnie osób. Tak bardzo bolały mnie powroty do domu. Kilka tygodni zrobiło z mojej psychiki jedno wielkie pobojowisko. Sama nie wiedziałam w co wierzę.
Starałam się przychodzić do niej tak często jak tylko mogłam. Rozmawiałam z nią, gdy jeszcze była w stanie mówić. Karmiłam ją i podawałam picie. Wiele razy siedziałam po kilka godzin, trzymając jej dłoń, modląc się i patrząc jak śpi. Masowałam jej spuchnięte jak balon nogi, którymi nie mogła ruszyć, bo tylko to dawało chwilowy spokój i zmniejszało odrobinę ten cholerny ból.
Środa. Przyszłam do niej od razu, po całym dniu pracy w urzędzie. Jaki był mój szok kiedy nie mogłam zrozumieć co do mnie mówi. Tak bardzo było mi wtedy źle. Przecież dwa dni temu jeszcze rozmawiałyśmy. Puściła mi oczko i lekko się uśmiechnęła. Ja odwzajemniłam jej gest i pocałowałam ją w czoło. Wtedy tak mocno uścisnęła moją dłoń. Poczułam, że chce mi coś w ten sposób powiedzieć. Nie wiem kiedy, ale nadszedł wieczór. Wyjątkowo w sali zostałam tylko ja i ona. Spała. Wpatrywałam się w nią i powtarzałam w myślach "walcz, Skarbie, walcz". Poprawiłam jej kocyk, pogłaskałam po policzkach, pocałowałam w czoło i powiedziałam na głos "Bardzo Cię Kocham ". Wiem, że spała. Ale wiem też to, że słyszała to, co jej powiedziałam. Wzięłam torebkę i stanęłam w progu upewniając się, że śpi. Stojąc jedną nogą w sali, a drugą na oddziałowym korytarzu wyszeptałam "przyjdę do Ciebie w piątek, jutro niestety nie mogę, ale Mama będzie, i kilka innych osób, jak zawsze, Kocham Cię, papa! " . Tak ciężko było mi zamknąć za sobą drzwi i odejść.
Piątek. Od samego rana myślałam o tym, który dzień miesiąca dzisiaj jest. Sprawdzałam wielokrotnie datę w kalendarzu, nie mogąc jej zapamiętać. Od ósmej byłam już w urzędzie. Dziwnym trafem nie schowałam telefonu do torebki, a zostawiałam go na biurku, wśród masy dokumentów. Nigdy tak nie robiłam.
O ósmej dwadzieścia trzy odebrałam telefon. Najgorszy telefon jaki mogłam sobie wyobrazić. Nie wiem co się później działo. Pamiętam jak przez mgłę, gdy oznajmiłam szefowi, że muszę natychmiast wyjść z pracy, jak biegłam po schodach, jak chaotycznie zbierałam swoje rzeczy, jak wybiegłam na parking, a chwile później byłam już u niej na sali i przytulałam jej dłoń. Brakowało mi łez. Ból rozdzierał serce na miliard kawałków. Mówiłam do wszystkich wokół "Ona się zaraz obudzi. Obudzi się." . Nikt mi nie odpowiadał. Nikt. Nie byłam w stanie zrobić nic. Zupełnie nic.
Teraz, prawe cztery miesiące później, gdy nie ma jej przy nas, serce boli jeszcze bardziej., a tęsknota z dnia na dzień rośnie do przeogromnych rozmiarów. Tak wiele się zmieniło od tego czasu. Tak wiele chciałabym jej powiedzieć i pokazać. Chciałabym zobaczyć jak biega po domu ze swoją łysą główką, w różowej bluzie i puchatych skarpetkach. Chciałbym zobaczyć jak uśmiecha się do lustra, kończąc piękny makijaż, który "doprawi " białym sweterkiem i pięknymi perfumami, nie zapominając o torebce pod kolor butów.
Chciałabym zobaczyć ją tak bardzo szczęśliwą w ramionach mężczyzny swojego życia, jaką była.
Zapalam lampkę i wznoszę głowę do góry, z przekonaniem, że jest jej już dobrze. Nie ma bólu, nie ma cierpienia, nie ma łez. Jest już spokojna i szczęśliwa. Patrzy z góry i po cichu podpowiada nam, co robić dalej. Wierzę w to. Z całego serca wierzę.
Jesień. Pamiętam ten dzień jak dziś, kiedy wróciła wieczorem od lekarza i od progu było słychać, że coś jest nie tak.Podeszłam do niej, z łzami w oczach przytuliła się do mnie mówiąc "Ja nie chcę umierać". W tej chwili ktoś wbił mi w serce cholernie ostry kolec, który wywoływał ból z każdym kolejnym oddechem. Zamilkłam. Wtuliłam się w nią mocno i ze strachem niemalże wykrzyczałam "Nie umrzesz!". Czułam się okropnie, bo na samo słowo "przerzuty" paraliżowało mnie od stóp do głów. Wiedziałam co to oznacza, ale jeszcze nie dopuszczałam do siebie tych myśli. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Zima. Z dnia na dzień dostrzegłam jak coraz bardziej boli ją noga. Jak traci siły. Blednie w oczach. Gdy przyszedł ten magiczny i długo wyczekiwany czas Świąt Bożego Narodzenia w domu jak zwykle pachniało gorącym ciastem i barszczem. Na zewnątrz robiło się już ciemno, a w domu było nieco nerwowo. Cudem każdy zdążył się wyszykować, pięknie ubrać -tylko nie ja. Słyszałam głos mamy, który wołał wszystkich do stołu. Zdążyłam założyć czarną ulubioną sukienkę, spiąć włosy w "artystyczny nieład " , nie malując się, z myślą o tym, że wszystkie najbliższe mi osoby widziały mnie w gorszym stanie i wybaczą mi to jak wyglądam. Postanowiłam wejść do salonu gdzie czekali już wszyscy. Od samego progu zobaczyłam ją w pięknej czerwonej koszuli i nowej spódniczce, obok stała mama, młodsza siostra, brat z żoną i córką...Jak zawsze w Święta moją szczególną uwagę przykuło to, kogo brakuje. Nie było z nami naszej najstarszej siostry i jej dzieci, która miała dołączyć do nas za godzinę. Chwile potem zobaczyłam to, na co patrzę rok w rok od najmłodszych lat. Na stole stało jedno puste nakrycie dla tak zwanego "wędrowcy". Od zawsze mówiliśmy, że to miejsce dla naszego Taty, który zmarł 18 lat temu. Chwile potem, zaczęliśmy składać sobie życzenia. Jako pierwsza podeszła do mnie ona. Kolejny rok, bez jakichkolwiek słów spojrzałyśmy sobie w oczy, podzieliłyśmy się opłatkiem i płakałyśmy tak bardzo... Nie mogłam się uspokoić. Przytuliłam ją, ale nie byłam w stanie powiedzieć ani słowa. Ona z resztą też. To była tak oczywista rozmowa bez słów. Siostrzana miłość ponad wszystko. W te Święta płakałam cały wieczór. Płakałam, bo czułam wewnętrzny niepokój, strach i jakiś lęk. Czułam wdzięczność, że ich mam. Płakałam bo bardzo się o nich wszystkich bałam. Dwie godziny później dom został prawie pusty , a stół jak stał, tak stał nakryty po brzegi. Ona pojechała do swojego chłopaka, który spędzał Wigilię w szpitalu, mama i ja pojechałyśmy po najstarszą siostrę, brat z żoną udał się do jego teściów. W domu została tylko najmłodsza z nas. Sama . Jedna. Takiej okropnej Wigilii nie mieliśmy nigdy. Nie będę pisać dlaczego, ale uwierzcie mi na słowo, że sytuacje jakie miały miejsce tego wieczoru nie jedną osobę doprowadziły do łez. Tóż po północy stwierdziłam, że muszę pojechać do apteki, ponieważ nie poradzę sobie z takim przeziębieniem bez leków. Jak na złość w domu skończyły się wszwstkie lekarstwa. Wsiadłam do samochodu. Ona i najmłodsza siostra stwierdziły, że dotrzymają mi towarzystwa. Ucieszyłam się, bo kto by miał ochotę jechać samemu w noc Bożego Narodzenia autem? Słuchałyśmy kolęd, śpiewałyśmy, rozmawiałyśmy . Było tak pięknie. Stwierdziłyśmy razem we trzy, że nigdy nie miałyśmy takiej przykrej Wigilii.
Luty. Po powrocie do domu nie mogłam znieść widoku jej-płaczącej z bólu, nie mogącej poradzić sobie z własnym organizmem. Dochodził wieczór, leki nie działały, ja martwiłam się coraz bardziej. Mama była w pracy. Noc. Stwierdziłam, że musimy zadzwonić po karetkę. Przyjechali, zabrali ją, płaczącą i pół przypomną z bólu. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca do trzeciej w nocy. Czułam taką straszną bezsilność i poczucie słabości. Przytłaczało mnie to, że choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę jej pomóc.
Marzec. Nie miałam ochoty słuchać nikogo wokół siebie. Każdy powtarzał mi to samo. Każdy próbował mi wmówić to, co ja sama odrzucałam od siebie od tylu miesięcy. Nie umiałam panować nad swoimi emocjami . Krzyczałam, płakałam, żartowałam z tej sytuacji, nie mogłam spać ani jeść. Nie chciałam uwierzyć w rzeczywistość. Nie mogłam wytrzymać widoku płaczących wokół mnie osób. Tak bardzo bolały mnie powroty do domu. Kilka tygodni zrobiło z mojej psychiki jedno wielkie pobojowisko. Sama nie wiedziałam w co wierzę.
Starałam się przychodzić do niej tak często jak tylko mogłam. Rozmawiałam z nią, gdy jeszcze była w stanie mówić. Karmiłam ją i podawałam picie. Wiele razy siedziałam po kilka godzin, trzymając jej dłoń, modląc się i patrząc jak śpi. Masowałam jej spuchnięte jak balon nogi, którymi nie mogła ruszyć, bo tylko to dawało chwilowy spokój i zmniejszało odrobinę ten cholerny ból.
Środa. Przyszłam do niej od razu, po całym dniu pracy w urzędzie. Jaki był mój szok kiedy nie mogłam zrozumieć co do mnie mówi. Tak bardzo było mi wtedy źle. Przecież dwa dni temu jeszcze rozmawiałyśmy. Puściła mi oczko i lekko się uśmiechnęła. Ja odwzajemniłam jej gest i pocałowałam ją w czoło. Wtedy tak mocno uścisnęła moją dłoń. Poczułam, że chce mi coś w ten sposób powiedzieć. Nie wiem kiedy, ale nadszedł wieczór. Wyjątkowo w sali zostałam tylko ja i ona. Spała. Wpatrywałam się w nią i powtarzałam w myślach "walcz, Skarbie, walcz". Poprawiłam jej kocyk, pogłaskałam po policzkach, pocałowałam w czoło i powiedziałam na głos "Bardzo Cię Kocham ". Wiem, że spała. Ale wiem też to, że słyszała to, co jej powiedziałam. Wzięłam torebkę i stanęłam w progu upewniając się, że śpi. Stojąc jedną nogą w sali, a drugą na oddziałowym korytarzu wyszeptałam "przyjdę do Ciebie w piątek, jutro niestety nie mogę, ale Mama będzie, i kilka innych osób, jak zawsze, Kocham Cię, papa! " . Tak ciężko było mi zamknąć za sobą drzwi i odejść.
Piątek. Od samego rana myślałam o tym, który dzień miesiąca dzisiaj jest. Sprawdzałam wielokrotnie datę w kalendarzu, nie mogąc jej zapamiętać. Od ósmej byłam już w urzędzie. Dziwnym trafem nie schowałam telefonu do torebki, a zostawiałam go na biurku, wśród masy dokumentów. Nigdy tak nie robiłam.
O ósmej dwadzieścia trzy odebrałam telefon. Najgorszy telefon jaki mogłam sobie wyobrazić. Nie wiem co się później działo. Pamiętam jak przez mgłę, gdy oznajmiłam szefowi, że muszę natychmiast wyjść z pracy, jak biegłam po schodach, jak chaotycznie zbierałam swoje rzeczy, jak wybiegłam na parking, a chwile później byłam już u niej na sali i przytulałam jej dłoń. Brakowało mi łez. Ból rozdzierał serce na miliard kawałków. Mówiłam do wszystkich wokół "Ona się zaraz obudzi. Obudzi się." . Nikt mi nie odpowiadał. Nikt. Nie byłam w stanie zrobić nic. Zupełnie nic.
Teraz, prawe cztery miesiące później, gdy nie ma jej przy nas, serce boli jeszcze bardziej., a tęsknota z dnia na dzień rośnie do przeogromnych rozmiarów. Tak wiele się zmieniło od tego czasu. Tak wiele chciałabym jej powiedzieć i pokazać. Chciałabym zobaczyć jak biega po domu ze swoją łysą główką, w różowej bluzie i puchatych skarpetkach. Chciałbym zobaczyć jak uśmiecha się do lustra, kończąc piękny makijaż, który "doprawi " białym sweterkiem i pięknymi perfumami, nie zapominając o torebce pod kolor butów.
Chciałabym zobaczyć ją tak bardzo szczęśliwą w ramionach mężczyzny swojego życia, jaką była.
Zapalam lampkę i wznoszę głowę do góry, z przekonaniem, że jest jej już dobrze. Nie ma bólu, nie ma cierpienia, nie ma łez. Jest już spokojna i szczęśliwa. Patrzy z góry i po cichu podpowiada nam, co robić dalej. Wierzę w to. Z całego serca wierzę.
Zadbaj o reklamę bloga, bo masz potencjał i bardzo słabe statystyki jak na to, co prezentujesz. :)
OdpowiedzUsuń❤ Milenko kochana, mocno Cię ściskam i pamietaj....JESTEM ❤
OdpowiedzUsuńDziękuję! ❤Wiele to dla mnie znaczy!
UsuńChwyciłaś mnie tym za serce. Masz talent ;)
OdpowiedzUsuńPopłakałam się... Naprawdę. Masz talent
OdpowiedzUsuń